Gości online: 2
Użytkowników online: 0
Łącznie użytkowników: 12
Najnowszy użytkownik: romekzkrapkowic
|
|
| Proboszcz |
Proboszczem parafii św. Apostołów Piotra i Pawła jest od 1 września 2006 roku pochodzący z Kolonowskiego ks. Henryk Pocześniok, który przez 12 lat służył jako misjonarz w Peru.
- Dlaczego właśnie Peru wybrał ksiądz jako miejsce pracy misyjnej?
- Jeszcze jako młody człowiek chciałem iść do seminarium do Werbistów, zostać księdzem i wyjechać na misje. Poszedłem jednak do seminarium diecezjalnego w Nysie, a potem przez 4 lata pracowałem w parafii w Gliwicach-Ostropie, a następnie przez 2 lata w kędzierzyńskiej Blachowni. Ale myśl o wyjeździe ciągle mi towarzyszyła i w 1993 roku podjąłem decyzję. Dodatkowym argumentem za wyjazdem do Peru była tragiczna śmierć mojego sąsiada i przyjaciela Werbisty, który pracował w niedalekiej od Peru Argentynie. W swoim młodzieńczym myśleniu postanowiłem go w jakiś sposób zastąpić na misjach. Wówczas nasi księża pracowali właśnie w Peru. Pojechałem tam w październiku, bez znajomości języka hiszpańskiego, którego zacząłem się uczyć w stolicy Peru - Limie.
- Jakie były pierwsze wrażenia księdza z pobytu w tym dalekim i egzotycznym dla nas kraju?
- Zamieszkaliśmy 200 metrów od Pacyfiku. Jeszcze potem, kiedy po kilku latach wracałem do tego miejsca, specyficzny zapach wilgoci i stęchlizny przypominał mi te pierwsze dni w tym kraju. Na lekcje języka jeździliśmy na drugą stronę miasta ruchliwymi, jednokierunkowymi, bez właściwego oznakowania uliczkami. Nie raz nie zdążyliśmy wrócić na obiad, bo pobłądziliśmy. Pierwszy stres miał już miejsce przy wyjeździe garbusem z garażu, potem było włączenie się do ruchu... Stres dzieliliśmy na pół zmieniając się za kierownicą z kolegą misjonarzem.
- Ale miasto to był dopiero wstęp do życia w tym kraju...
- Ledwie przyzwyczailiśmy się do rytmu i specyfiki życia w mieście (duży ruch, złodzieje, handel żywnością na ulicy...), to na Boże Narodzenie ruszyliśmy w góry, gdzie potem mieliśmy przejąć parafie. I to był drugi szok. Z wysokości 80 m n.p.m., na której leży Lima, w ciągu 3 godzin dojechaliśmy samochodem na wysokość 4818 m n.p.m. Na tej wysokości znajduje się przełęcz Ticlio, przez którą przechodzi najwyżej wówczas wybudowana przy współudziale naszego inżyniera Ernesta Malinowskiego trasa kolejowa Lima - Huancayo. W górach akurat była pora deszczowa, był zupełnie inny klimat. Po drodze minęliśmy położoną na wysokości 3700 m n.p.m. miejscowość La Oroya z kopalnią i hutą miedzi (przy okazji wydobywane jest srebro i ołów). Krajobraz był księżycowy, było szaro i mokro. Aż chciało nam się stamtąd wiać. To był pierwszy chwilowy kryzys, bo i święta spędziliśmy w zupełnie innych warunkach i nastroju, niż wcześniej w kraju.
- Czy to wrażenie z gór okazało się trwałe?
- Nie, potem zakochałem się w tych górach, bo są naprawdę piękne. Potem ciężko było mi z tych gór odejść. Kiedy poznałem już trochę język, rozpocząłem kazania. Najpierw były one dialogowane, ponieważ jak mi brakowało słowa to prosiłem któregoś ze słuchaczy o jego dopowiedzenie. To przynosiło niespodziewany efekt uboczny, że wszyscy z uwagą słuchali, bo nie chcieli się zbłaźnić wyrwani do odpowiedzi.
- Jak się tam żyje ludziom?
- W górach życie ludzi jest bardzo ciężkie. Muszą wydrzeć ziemi to co pozwoli im przetrwać. Pola z zewnątrz wyglądają naprawdę pięknie, ale to jest okupione prawdziwą harówką. Pola są uprawiane ręcznie, a wszystko należy tam wnieść, najczęściej na własnym grzbiecie, a potem znieść z gór. Do tego przed zbiorami należy pilnować swoich upraw, żeby ich ktoś inny nie zebrał. Tam pracują ciężko też dzieci, które nawet z tego powodu nie chodzą okresowo do szkoły. W niektórych miejscowościach na czas pracy w polu szkoły przenoszą się w góry - wraz z dziećmi idą tam ich nauczyciele, którzy po kilka godzin uczą dzieci, a potem pomagają w pracach ich rodzicom. Ale ten lud bardzo cierpi. Na ich ciężkiej pracy bogacą się ci, którzy przejmują owoc ich pracy. Byłem świadkiem jak człowiek przez wiele godzin szedł z ziemniakami do miejsca, gdzie skupowali je handlarze i dalej ciężarówkami wywozili do miasta na sprzedaż. Człowiek ten zważył ziemniaki przed wyjściem, a handlarz powiedział mu, że jest ich o 20 kg mniej. Człowiek ten stanął przed wielkim dylematem, co dalej. Miał za to kupić to co jego rodzina potrzebuje w górach do życia: makaron, olej, sól, ryż... Czy z powrotem targać to do góry? Inny przykład. Przy wymianie dolarów na miejscową walutę trzeba bardzo uważać, bo cinkciarze mają tak podrasowane kalkulatory, że pokazują mniejszą kwotę niż mnie to wynikało z ręcznego wyliczenia. Do biedy dochodzi jeszcze alkohol, przemoc w rodzinie, gdzie panuje kult siły ze strony mężczyzn, na dużą skalę odbywa się przemyt narkotyków, kwitnie korupcja i terroryzm - jako odpowiedź na brak sprawiedliwości czy właśnie wszechobecną korupcję. Może właśnie dlatego bardzo popularny jest tam kult krzyża, kult Jezusa cierpiącego. Święto krzyża obchodzi się w Peru kilka razy w roku. W piosenkach natomiast dominuje motyw zawiedzionej miłości, zdrady, cierpienia...
- Jak wyglądała praca w parafii?
- Byłem proboszczem w pięciu parafiach jednocześnie. Najdalsza z nich od naszej bazy w Pampas była położona o 8 - 10 godzin jazdy samochodem terenowym, który potem zostawiałem i trzeba było iść pieszo przez półtora dnia do najdalej położonej wioski. Czasem chodziłem w nocy, bo było chłodniej i tak się nie kurzyło. Nie raz zdarzyło mi się, że pozostawiony samochód był okradziony nawet z różnych elementów konstrukcyjnych. Wcześniej miekscowi księża spotykali się ze swoimi wiernymi podczas fiest, czyli tamtejszych odpustów w formie hucznych zabaw, na które ściągało wielu ludzi. Ja zacząłem odwiedzać wioski. Niektóre z nich widziałem raz na dwa lata. Szliśmy z wioski do wioski, najdłuższa taka wyprawa trwała miesiąc. Jako ciekawostkę wspomnę, że kiedyś spaliśmy na wysokości 1100 m, na wiszącym moście, gdzie wiatr wiał i nie kąsały komary. Warto być pokornym i uczyć się od miejscowych, obserwując, jak się zachowywać w określonych sytuacjach. Kiedyś zostałem uwięziony w górach na miesiąc po zejściu lawiny z błota i kamieni. Nie raz podróżowaliśmy w zimnie, zmoczeni, o głodzie. Zauważyłem, że jeśli by tamtejsi ludzie nie szanowali kogoś, to nawet mając pieniądze mógłym nie otrzymać od nich pomocy i nie przeżyć w górach.
- Jak to się stało, że z dalekiego kraju objął ksiądz parafię w Steblowie?
- Po 12 latach pobytu w Peru w 2005 roku przyjechałem tutaj na roczny urlop zdrowotny. Chciałem wracać do Peru. We wtorek jeszcze miałem decyzję o wyjeździe, w środę otrzymałem telefon, żeby w czwartek być w kurii, gdzie otrzymałem propozycję objęcia parafii w Steblowie. Z tym, że możliwość powrotu w Andy nie jest dla mnie zamknięta.
Ulubiona/y:
Pora roku: Wiosna
Książka: "Przygody Robinsona Cruzoe"
Gazeta: "Dziennik", "Peru 21"
Pisarz/Poeta: Ks. Jan Twardowski
Zespół: Los Kjarkas (Bolivia)
Piosenkarz/Piosenkarka: Julio Iglesias
Program: Liga Mistrzów
Sport: Piłka Nożna
Miejsce: Góry
Danie: Ceviche (peruwiańskie danie z surowej ryby)
Model auta: Toyota
Film: Kino Latynoskie
Aktor/ka: Robert Redford/Penélope Cruz
Rodzaj filmów: Każdy film dający do myślenia (który bawi i uczy...)
Co bardziej motywuje - sukces czy porażka? I to i to, zależy kiedy...
|
|
|
"Nie upadajmy na duchu w niebezpieczeństwach i trudnościach, módlmy się z ufnością do Boga, a On da obiecaną pomoc temu, kto pracuje dla domu Jego". (Ks. Jan Bosko)
|
|